- A dlarzego by nie - zawołała ku jego
noclegi zakopane |fotografia reklamowa |Płytki ceramiczne
„— A dlarzego by nie — zawołała ku jego zaskoczeniu. — Z prawdziwą przyjemnością...
Tegom się naprawdę nie spodziewał, pomyślał.
— Ha... to znaczy...
— To znaczy, że będzie mi bardzo miło pojechać z panami...
Z tyłu rozległ się hałas przesuwanych po żwirze krzeseł — najprawdopodobniej Sytko Zaporożec, a może i Strauss wstali. Głos Barbry zadźwięczał rezolutnie, zasłonięty zarazem nad wyraz teatralnym zamgleniem, które nieraz ze swej klatki piersiowej wyzwalała.
I oto w ten sposób Leon Wachicki wraz z nią i panem Zaporożcem spędził wieczór w nieoczekiwanym miejscu i nieoczekiwanym towarzystwie. Herr Strauss im nie towarzyszył. Poprosił, by dowieziono go do pensjonatu na Moniuszki, gdzie pożegnawszy się nieco po wojskowemu i nie pocałowawszy ręki pannie Barbrze, wysiadł z taksówki. Taksówka zaś z resztą towarzystwa ruszyła dalej, aż przystanęła na Nowym Świecie przed dwupiętrową kamieniczką, mającą na fasadzie dwa balkoniki spoczywające na barach i pochylonych głowach czterech kariatyd. Było już mrocznie i we wszystkich oknach na piętrze paliły się światła. Dochodził z nich kobiecy śpiew oraz dźwięki akompaniującego pianina. Niektórzy przechodnie przystawali pod balkonikami zawieszonymi na kariatydach i podnosili głowy, słuchając. Zdawało się, że oni sami poprzemieniali się w kariatydy i że na barkach ich ciąży lekki ciężar tak zwanych Dalekich Kresów, uroczych a żyznych zakątków ziemi goszczącej ongiś tylu naszych poetów i twórców, że wymienię chociaż Słowackiego... Karola Szymanowskiego, rodzinę Conrada. Bezkresny step, porosły bujną trawą, białe chatki ze słomianymi strzechami, obsadzone malwami i nagietkami, wiśnie dojrzewające w ogródku... jakieś błękitne sztany lub czarnoczerwonymi krzyżykami haftowane bluzki, jakieś krucze“(5)
kurs tańca kraków |miedź |biuro rachunkowe gdańsk
„— A dlarzego by nie — zawołała ku jego zaskoczeniu. — Z prawdziwą przyjemnością...
Tegom się naprawdę nie spodziewał, pomyślał.
— Ha... to znaczy...
— To znaczy, że będzie mi bardzo miło pojechać z panami...
Z tyłu rozległ się hałas przesuwanych po żwirze krzeseł — najprawdopodobniej Sytko Zaporożec, a może i Strauss wstali. Głos Barbry zadźwięczał rezolutnie, zasłonięty zarazem nad wyraz teatralnym zamgleniem, które nieraz ze swej klatki piersiowej wyzwalała.
I oto w ten sposób Leon Wachicki wraz z nią i panem Zaporożcem spędził wieczór w nieoczekiwanym miejscu i nieoczekiwanym towarzystwie. Herr Strauss im nie towarzyszył. Poprosił, by dowieziono go do pensjonatu na Moniuszki, gdzie pożegnawszy się nieco po wojskowemu i nie pocałowawszy ręki pannie Barbrze, wysiadł z taksówki. Taksówka zaś z resztą towarzystwa ruszyła dalej, aż przystanęła na Nowym Świecie przed dwupiętrową kamieniczką, mającą na fasadzie dwa balkoniki spoczywające na barach i pochylonych głowach czterech kariatyd. Było już mrocznie i we wszystkich oknach na piętrze paliły się światła. Dochodził z nich kobiecy śpiew oraz dźwięki akompaniującego pianina. Niektórzy przechodnie przystawali pod balkonikami zawieszonymi na kariatydach i podnosili głowy, słuchając. Zdawało się, że oni sami poprzemieniali się w kariatydy i że na barkach ich ciąży lekki ciężar tak zwanych Dalekich Kresów, uroczych a żyznych zakątków ziemi goszczącej ongiś tylu naszych poetów i twórców, że wymienię chociaż Słowackiego... Karola Szymanowskiego, rodzinę Conrada. Bezkresny step, porosły bujną trawą, białe chatki ze słomianymi strzechami, obsadzone malwami i nagietkami, wiśnie dojrzewające w ogródku... jakieś błękitne sztany lub czarnoczerwonymi krzyżykami haftowane bluzki, jakieś krucze“(5)
kurs tańca kraków |miedź |biuro rachunkowe gdańsk